Memorandum na pasze GMO przedłużone. Co to oznacza dla producentów i konsumentów?


Zgodnie z wypowiedzią Pani wiceminister rolnictwa Ewy Lech termin wejścia w życie zakazu używania pasz genetycznie modyfikowanych będzie przesunięty o kolejne cztery lata ( czyli do stycznia 2021 roku) w stosunku do pierwotnego terminu – do końca 2016 roku.Przedłużenie moratorium o kolejne cztery lata – to czas dla Komisji Europejskiej, która powinna ostatecznie wypowiedzieć się, czy Europa ma być wolna od GMO, mimo, że żywność wytwarzana na naszym kontynencie będzie wówczas niekonkurencyjna na światowym rynku.

Unia Europejska (UE) ma jedne z najbardziej restrykcyjnych na całym świecie przepisów w odniesieniu do rozwoju, komercjalizacji i korzystania z organizmów genetycznie zmodyfikowanych (GMO). Wynikają one z konserwatywnego podejścia w większości krajów europejskich co do spraw bezpieczeństwa żywności i pasz. Rolnictwo w Europie nadal opiera się bardziej na gospodarstwach rodzinnych i ich tradycji, niż wysoce skomercjalizowanej produkcji na dużą skalę. Jakość i bezpieczeństwo żywności jest dla nich jednym z głównych priorytetów, a konsumenci poszukują takich produktów, które odróżniają się od produkcji wielkotowarowej. Technologia modyfikacji genetycznych nie jest synonimem produkcji tradycyjnej, ekologicznej i bezpiecznej, na rodzinnej farmie, w pięknej okolicy. Dodatkowo konsumenci obawiają się żywności genetycznie modyfikowanej i jest to obawa uzasadniona. Nowoczesna biotechnologia jest dziedziną młodą i nie dysponujemy długoterminowymi danymi odnośnie wpływu takich roślin na środowisko i zdrowie człowieka, a także nie mamy wystarczającej wiedzy na temat efektów inżynierii genetycznej w perspektywie kilku pokoleń.

Co to oznacza dla Polski?

Obecnie Polska jest jednym z krajów o najbardziej zaostrzonych przepisach dotyczących stosowania pasz GMO w Unii Europejskiej. Ustawa Paszowa z 22 lipca 2006 r. (DZ.U. Nr 144, poz. 1045), artykuł 15, wprowadza „zakaz wytwarzania, wprowadzania do obrotu i stosowania w żywieniu zwierząt pasz genetycznie zmodyfikowanych oraz organizmów genetycznie modyfikowanych przeznaczonych do użytku paszowego”. Polski Sejm wprawdzie postawił barierę dla genetycznie zmodyfikowanych organizmów, jednak musiał ugiąć się pod naciskiem gospodarczych realiów oraz lobbystów GMO i odroczył termin wejścia w życie stosownych przepisów.

Dalsza zgoda na korzystanie z pasz GMO w jeszcze większym stopniu uzależnią polską hodowlę od importu komponentów białkowych z innych kontynentów – Polska zwiększa import soi GMO, wydając na ten cel ok. 4 mld zł rocznie. A przecież można korzystać z upraw polskich roślin wysokobiałkowych takich jak: lucerna, bób, groch, bobik czy żółty łubin. Jednak obecnie temu celowi ma służyć rządowy program wsparcia produkcji roślin strączkowych. W obecnych realiach ekonomicznych uprawa grochu, bobiku czy żółtego łubinu, których nasiona skutecznie mogą zastąpić modyfikowaną soję, jest znacznie mniej opłacalna niż pszenicy czy żyta.

Dlatego potrzebne są decyzje rządu, który może część pieniędzy przeznaczonych na dopłaty skierować do rolników, którzy zdecydują się produkować „polskie białko”. Eksperci szacują że 250 milionów złotych wystarczy by program ruszył!

Potwierdza to Ewa Lech, bo – jak wynika z danych ministerstwa rolnictwa – co roku znacznie rośnie powierzchnia upraw roślin wysokobiałkowych – w 2015 roku wyniosła ona 690 tys. ha, czyli aż dwa razy więcej niż w 2014 roku – ale tylko część produkcji trafia do wytwórni pasz. Znaczna część zostaje bowiem np. na polach, gdzie jest traktowana jako poplon i zaorywana. Tym niemniej resort rolnictwa ma nadzieję, że przez kilka najbliższych lat uda się znacznie zwiększyć produkcję roślin wysokobiałkowych i dzięki korzystnej cenie zastąpią one importowaną soję. I dlatego rozważana jest zmiana zasad wspierania produkcji roślin strączkowych i motylkowych ze środków budżetowych: zamiast płatności do hektara rolnicy otrzymywaliby dopłaty do produkcji. Czyli dostawaliby pieniądze tylko za to, co sprzedaliby jako surowiec na pasze.

„Również warto podkreślić to, co jest sprawą najistotniejszą w tym programie czy jedną z najistotniejszych. Otóż badania ścisłe, żywieniowe, prowadzone na trzodzie chlewnej, na drobiu, na gęsiach i kaczkach, pokazały, że w Polsce można poprzez zastosowanie białka krajowego, pochodzącego z roślin strączkowych i śruty rzepakowej, stworzyć paszę znakomicie konkurującą z paszą, w której źródłem białka jest importowana soja. Do tej pory panowało w Polsce przekonanie, , że soja jest niezastępowalnym źródłem białka i nie ma możliwości zastąpienia importowanej soi. Czyli ci, którzy to mówili, wpisywali się w działalność światowego lobby sojowego, opanowanego przez kilka firm amerykańskich. Teraz doświadczenia prowadzone przez Uniwersytet Przyrodniczy z Poznania we współpracy z innymi jednostkami naukowymi, wyraźnie pokazują, że można uzyskać bardzo dobre efekty żywieniowe. W niektórych grupach wiekowych, w niektórych doświadczeniach wyszło, że nawet można uzyskać wyniki lepsze niż w przypadku skarmiania soją, zastępując białko sojowe białkiem pochodzącym z upraw krajowych” – wypowiedź posła Jana Krzysztofa Ardanowskiego podczas obrad sejmowej Komisji Rolnictwa.

Żródła:

www.farmer.pl/finanse/dotacje-i-doplaty/oplaca-sie-uprawiac-polskie-bialko,47895.html

www.ppr.pl/rolnictwo/pasze/polskie-bialko-do-pasz-zamiast-genetycznie-modyfikowanej-soji-155074