Dołączamy do dobrego klubu bez GMO – wywiad

  • Dorota Metera

Wreszcie uchwalono w Polsce ustawę o znakowaniu żywności bez GMO. Jakich produktów będzie ona dotyczyła? Dlaczego w Polsce nie będziemy znakować jabłek bez GMO? – wątpliwości wyjaśnia Dorota Metera, ekspertka w dziedzinie rolnictwa ekologicznego, współpracująca z Instytutem Spraw Obywatelskich.

Na początku zajmijmy się kilkoma opiniami, wysuwanymi przez przeciwników znakowania bez GMO: – Po co komu ta ustawa. Znakowanie „bez GMO” jest już na rynku.

Znakowanie bez GMO jest przede wszystkim ważne dla konsumentów, którzy chcą dokonywać świadomych wyborów podczas zakupów. Z różnych powodów ­– wpływu na ludzkie zdrowie, na środowisko, na zdrowie zwierząt, z przyczyn religijnych i światopoglądowych – nie chcą wspierać produkcji żywności i pasz, które są wytwarzane przy użyciu technik modyfikacji genetycznej. Po prostu nie chcą swoimi zakupami wspierać produkcji GMO w żadnym wymiarze.

Ta ustawa jest również ważna dla producentów, którzy chcą się wyróżnić szczególną jakością. Chcą produkować produkty pochodzenia odzwierzęcego na podstawie systemu, który jest wolny od GMO w całym cyklu produkcyjnym. Znaczy to, że nie chcą używać śruty sojowej genetycznie modyfikowanej ani kukurydzy genetycznie modyfikowanej na przykład z przyczyn ekonomicznych – lepsza cena, lepsza pozycja na rynku. Ale oni też mają swoje poglądy na rozwój rolnictwa, na rozwój produkcji żywności. Nie chcą wspierać wycinania lasu w Ameryce Południowej pod pola modyfikowanej soi, które nie są uprawiane przez lokalnych rolników, tylko przez wielkie koncerny. Nie chcą wspierać transportu śruty sojowej poekstrakcyjnej do Europy. Producenci tak samo jak konsumenci mają swoje przekonania.

Owszem znakowanie „bez GMO” było na rynku, ale było ono całkowicie dobrowolne, a przy słabej kontroli odpowiednich inspekcji opierało się głównie na deklaracji producentów. Myślę, że większość dużych firm robiła to w sposób świadomy i odpowiedzialny. Niektóre z nich korzystały z doradców czy jednostek certyfikujących, żeby potwierdzić produkcję bez GMO.

Ustawa nakłada ramy, daje możliwości kontroli państwowej, nakładania kar na nieuczciwych producentów. Ta ustawa w dużym stopniu spina oczekiwania konsumentów z lepszą pozycją rynkową producentów i daje możliwość nadzoru państwowego nad całym systemem, a w razie złamania prawa możliwość nakładania kar. W krajach, które wprowadziły takie znakowanie, też działają systemy. Nie ma totalnej swobody, lecz jest system – przewidywalny i opisany, a wszystko jest w nim określone.

Rośliny ulegają genetycznym modyfikacjom od dawna na zasadzie naturalnych krzyżówek. GMO to żadna nowość, to sianie paniki – to inna opinia.

Tak może mówić ktoś, kto nie zna prawa, regulującego ten obszar. Polska ustawa o GMO i Dyrektywa UE 2001/18/WE podają wyraźnie definicję organizmu modyfikowanego genetycznie. To organizm, w którym zmiany materiału genetycznego nastąpiły z wykorzystaniem technik inżynierii genetycznej w sposób niezachodzący w warunkach naturalnych, na skutek krzyżowania lub naturalnej rekombinacji. Wykluczone jest genetyczne modyfikowanie ludzi.

W załączniku do Dyrektywy wymienione są techniki modyfikacji genetycznej, których użycie wskazuje, że dany produkt jest produktem modyfikowanym genetycznie. Dyrektywa powstała w 2001 roku. Od tamtej pory mięło 18 lat. Bardzo dużo się zmieniło. Powstały nowe techniki hodowlane. Nie było co do nich pewności, czy to jest GMO, czy nie. W związku z tym francuski sąd najwyższy zwrócił się do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z zapytaniem, jak je traktować. Europejski Trybunał Sprawiedliwości 25 lipca 2018 roku wydał wyrok, że nowe techniki hodowlane, jak m.in. mutagenezę, należy traktować jak GMO. Trzeba dla nich przeprowadzić analizę ryzyka, opracować sposób wykrywania i znakowania.

W związku z tym, ktoś kto mówi, że rośliny same się kiedyś krzyżowały, i to było GMO, nie czytał tych dyrektyw. Nie wie, że robi się to taką czy inną techniką, w zasadzie tylko w laboratorium.

A krzyżowanie się roślin jest procesem naturalnym i występuje w przyrodzie, w związku z tym nie może być traktowane jak GMO. Nawet takie krzyżówki międzygatunkowe jak pszenżyto, powstały w dużym stopniu spontanicznie albo przy użyciu prostych środków. Na pewno nie powstały w laboratorium z zastosowaniem metod inżynierii genetycznej, które są wymienione w Dyrektywie UE 2001/18/WE.

Znakowanie „bez GMO” wprowadzi chaos; to może oznakujemy wodę, jabłka i wszystko, co się da – rzucają często przeciwnicy tego rozwiązania.

I znowu tak może mówić tylko ktoś, kto nie wie, o co chodzi w tym systemie. Polska ustawa mówi dokładnie, że tak znakować można tylko produkty, które mają swoje odpowiedniki genetycznie modyfikowane, dopuszczone do obrotu i uprawy w Unii Europejskiej. Ponieważ w UE jabłek genetycznie modyfikowanych nie ma – są w USA – to jabłek nie będzie można oznaczać znakiem bez GMO, bo u nas wszystkie jabłka są bez GMO. Woda nie jest produktem rolniczym, więc w ogóle nie można jej znakować pod kątem GMO. Jeżeli ktoś chce modyfikować wodę z użyciem technik inżynierii genetycznej, to czekam na rezultaty, bo nie słyszałam jeszcze o takim cudzie.

Ta ustawa wprowadzi porządek, ponieważ nie będzie można swobodnie deklarować na przykład, że jabłko jest bez GMO. Nie będzie można robić takich rzeczy, właśnie po to, żeby nie powodować chaosu. Ta ustawa zawęziła katalog tylko do tych produktów, które mogłyby być GMO: soja, kukurydza, burak cukrowy, rzepak. Na rynku UE jest jeszcze bawełna GMO, ale jej nie spożywamy.

Z kolei w oznakowaniu „wyprodukowane bez stosowania GMO” chodzi o produkty pochodzenia zwierzęcego, wytworzone przy użyciu pasz, które nie zawierają składników GMO. Takimi składnikami jest w paszach śruta sojowa poekstrakcyjna i kukurydza GMO. Jako „wyprodukowane bez stosowana GMO” będzie można znakować: mięso, mleko, sery, jaja.

W Unii Europejskiej jest obowiązek znakowania produktów z GMO. W Polsce nie ma chyba żywności modyfikowanej, a przynajmniej jej nie znalazłam. Natomiast powszechnie są stosowane pasze, w skład których wchodzą składniki GMO: kukurydza i śruta sojowa.

Jest Pani ekspertem w dziedzinie rolnictwa ekologicznego. Co oznaczałoby dla rolnictwa ekologicznego, i wszelkiego innego rodzaju rolnictwa, wprowadzenie upraw GMO?

Jeżeli mówimy o uprawie kukurydzy, to zwolennicy GMO twierdzą, że to nic nie szkodzi, ponieważ pyłek kukurydzy jest ciężki i się nie przenosi. Nic podobnego. Słynny był przypadek z 2011 roku rolnika niemieckiego, który miał pasiekę w pobliżu instytutu, zajmującego się badaniem odmian kukurydzy GMO. Miód został zanieczyszczony pyłkiem kukurydzy GMO. Może wiatr go nie przeniósł, ale mogły to zrobić pszczoły lub inne owady.

Drugą sprawą jest przepylenie kukurydzy na sąsiednie uprawy. Mimo tego, że pyłek kukurydzy jest dość ciężki, w Hiszpanii często spotyka się pola konwencjonalne i ekologiczne, które bywają zanieczyszczone pyłkiem kukurydzy GMO. W Czechach i na Słowacji rolnicy zaprzestali uprawy kukurydzy genetycznie modyfikowanej. W Czechach w 2015 roku było około tysiąca hektarów takich upraw, a w Słowacji w 2010 roku 875 hektarów, potem powierzchnia z roku na rok malała. Rolnicy stwierdzili, że utrzymywanie stref buforowych i innych środków zapobiegawczych, jest zbyt skomplikowane oraz są trudności ze sprzedażą tego produktu.

Uprawa na polach jest tylko jedną częścią problemu. Kukurydza ma stosunkowo duże nasiona, nie mniej jednak zawsze może się zdarzyć, że w kombajnie do zbioru kukurydzy, w maszynach do produkcji pasz, może zostać ziarno albo jego część, co spowoduje zanieczyszczenie produktu z kukurydzy bez GMO. Dlatego trzeba czyścić urządzenia, maszyny. Kto ma ponosić tego koszty? W zasadzie powinno się zastosować zasadę, że płaci zanieczyszczający. Jednak w praktyce jest tak, że jak rolnik odda swoją kukurydzę do młyna i tam zostanie zanieczyszczona kukurydzą GMO, to kto ma problem? Nie ten zanieczyszczający, bo może nawet nie wiadomo kto to jest, tylko ten rolnik ekologiczny czy konwencjonalny, u którego zanieczyszczenie stwierdzono. A przecież on tej kukurydzy GMO nie miał.

Ryzyko przepylenia w przypadku kukurydzy jest stosunkowo niewielkie, ale jeśli pomyślimy o rzepaku, który może się skrzyżować z wieloma gatunkami z rodziny krzyżowych, to jest to po prostu katastrofa dla środowiska.

W 2009 roku głośny był przypadek, kiedy polska firma wysłała kukurydzę paszową do Szwecji jako „bez GMO”. Niestety GMO w tej kukurydzy wykryto, chociaż w Polsce nie ma upraw takiej kukurydzy. Są rynki, na których tego typu produkty nie są mile widziane, a produkt nie był przecież oznakowany jako GMO. Takie zanieczyszczenie jest fatalne w skutkach. Szwedzki odbiorca nie chciał tego produktu.

Głośna była też historia modyfikowanego lnu kanadyjskiego – „Triffid”, który został przypadkiem, a może celowo, wypuszczony z jakąś partią lnu na rynek w 2009 roku. Dostał się do około 24 krajów na świecie. W wyniku wycofywania zanieczyszczonych partii lnu wielu producentów i firma w Kanadzie poniosło olbrzymie straty finansowe. Nasiona lnu są bardzo małe, trafiały do kolejnych maszyn, urządzeń, do kolejnych produktów. Między innymi Polska była w grupie tych krajów, ale sprawę szybko wyciszono.

Do zanieczyszczenia może dojść nie tylko na polu, ale w całym łańcuchu transportu, przetwórstwa i produkcji żywności. A tego konsument nie chce. Dzieje się to również ze szkodą dla producenta.

Co w praktyce zmienia znakowanie bez GMO?

Za wcześnie jeszcze, żeby ocenić, jaka będzie sytuacja w Polsce. W Niemczech po 10 latach stosowania w praktyce systemu znakowania bez GMO wartość rynku tych kilku tysięcy produktów wynosi około 10 miliardów euro. Dla porównania to jest mniej więcej tyle samo, co wartość rynku produkcji ekologicznej, która rozwija się tam od 30 lat. Wynika z tego, że rynek produktów bez GMO rozwija się trzy razy szybciej niż rynek produktów ekologicznych.

Co to zmieni? Jeżeli Polska chce zmniejszyć uzależnienie naszych wytwórców produktów mięsnych – głównie wieprzowiny, jaj i drobiu – od importu pasz opartych na śrucie sojowej modyfikowanej genetycznie, daje szansę wyróżnienia się na rynku znakowaniem „wyprodukowano bez stosowania GMO”, to producenci zaczną próbować. I jeżeli konsument to kupi, a na pewno znajdzie się duża grupa konsumentów, która z ciekawości albo z przekonania będzie chciała kupować te produkty, to przed producentami otwiera się nowa szansa do wykorzystania. Nikt nie mówi, że będzie łatwo, bo najpierw trzeba wytłumaczyć, na czym polega taka produkcja i ją wypromować.

Myślę też, że będzie łatwiej sprzedać polskie produkty na rynek niemiecki. Być może okaże się, że to jest również szansa do sprzedaży na inne wymagające rynki, jak szwedzki. Jeśli nasze produkty będą znakowane „bez GMO”, to mamy większe szanse sprzedaży do krajów, gdzie to oznakowanie jest ważne dla konsumentów. Naszym głównym partnerem handlowym są Niemcy i ten rynek stwarza dla nas duże nadzieje, szczególnie jeśli chodzi o drób, bo Polska jest jednym z większych w Europie producentów drobiu. Być może nasz drób wyprodukowany bez stosowania GMO, będzie miał większą szansę na rynku niemieckim.

A tak zwyczajnie po ludzku, jak Pani przyjęła wiadomość o uchwaleniu ustawy?

Mimo wszystko uważam, że czekaliśmy na nią za długo, bo prace nad nią zajęły trzy lata. Nie wiemy, co będzie dalej, ponieważ ma ona wejść w życie od 1 stycznia 2020 roku. Trzeba jeszcze przygotować systemy, rozporządzenia… Żeby mieć pasze bez GMO, producenci muszą je wyprodukować, zdobyć surowce. To długi proces.

Cieszę się, że dołączyliśmy do krajów świadomych, rozwiniętych, w których znakowanie bez GMO ma swoje miejsce, a konsumenci wybierają te produkty. Jestem przekonana, że ten rynek będzie się rozwijał. To prawda, że polski konsument patrzy na cenę, ale nie jest konsumentem bardzo ubogim i coraz częściej szuka jakości. A takie znakowanie jest jednym z elementów jakości żywności. W domyśle: każdy może sobie wyobrażać, że taka żywność nie została wytworzona w procesie typowo przemysłowym, wiążącym się z dewastacją terenów naturalnych na innych kontynentach. Coraz więcej klientów jest świadomych zmian klimatycznych i wpływu przemysłowej produkcji żywności na środowisko.

Bardzo się ucieszyłam, że dołączamy do dobrego klubu.

Rozmawiała Małgorzata Jankowska


Dorota Metera – absolwentka Wydziału Ogrodniczego SGGW, od 1999 roku koordynatorka projektów w Fundacji IUCN-Poland (Światowej Unii Ochrony Przyrody) w biurze w Warszawie i w Brukseli, pracowała w projektach Instytutu Badawczego Komisji Europejskiej IPTS w Sewilli (Hiszpania), Ministerstwa Rolnictwa, Zarządzania Środowiskiem i Rybołówstwa Królestwa Holandii, Fundacji Heinricha Bölla i Fundacji EuroNatur (Niemcy) oraz WWF – Światowego Funduszu na rzecz Przyrody. Członek Rady Rolnictwa Ekologicznego przy Ministrze Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Komisji ds. GMO przy Ministrze Środowiska. Zajmuje się problemami ochrony środowiska i przyrody w rolnictwie oraz rozwoju obszarów wiejskich. Od ponad 30 lat interesuje się i profesjonalnie zajmuje rolnictwem ekologicznym.