Bez GMO? To poproszę!

  • sukces_wolne_od_GMO

W Polsce o znakowaniu żywności „bez GMO” jako pierwszy zaczął mówić dziesięć lat temu Instytut Spraw Obywatelskich. Dziś konsumenci coraz chętniej kupują taką żywność. Niedawno jeden z dużych producentów mleczarskich chwalił się ofertą „bez GMO” w ogólnopolskiej stacji telewizyjnej.

Kiedy w 2008 roku Instytut Spraw Obywatelskich zainteresował się genetycznie modyfikowanymi roślinami i żywnością, u nas nikt nie chciał o tym rozmawiać. Tymczasem Austriacy, Niemcy i Francuzi dyskutowali o nich od dawna. Tworzyli też reguły znakowania swojej żywności „bez GMO”.

– Rok 2008 był białą kartą, którą zaczęliśmy zapisywać. Oczywiście w kręgach eksperckich temat kojarzono, ale w powszechnej świadomości nie istniał. My chcieliśmy, żeby konsument miał wybór – wspomina Rafał Górski, prezes Instytutu.

Chodziło o to, żeby stworzyć jeden, oficjalny system znakowania. Najlepiej nadzorowany przez urzędy państwowe. Należało opracować wspólny znak i takie same zasady przyznawania certyfikatu „bez GMO” dla wszystkich chętnych. Bo znakowanie miało być, i nadal jest, dobrowolne.

Najwierniejsi sojusznicy to konsumenci

Społecznicy szukali pomocnej dłoni w różnych środowiskach. Poza kilkoma wyjątkami producenci i handlowcy nie chcieli u siebie produktów „bez GMO”. – Kiedy usiłowaliśmy namawiać producentów, opadały nam ręce – mówi Górski.

Najwierniejszymi sojusznikami okazali się konsumenci, którzy postanowili się dowiedzieć, co trafia na ich talerze. I to właśnie oni na długie lata stali się podporą kampanii „Wolne od GMO? Chcę wiedzieć!”. I nadal nią pozostają.

Jak zrobili to inni

Instytut podpatrywał, jak systemy działają u sąsiadów. Nawiązał kontakt z niemieckim stowarzyszeniem VLOG. Promuje ono żywność wolną od GMO, edukuje konsumentów i udziela licencji na używanie niemieckiego oznakowania „wolne od GMO” na tamtejszych produktach. Kiedy w 2014 roku Instytut organizował konferencję na temat znakowania „bez GMO”, przyjechał na nią ówczesny dyrektor VLOG, Alexander Hissting.

Kilka lat wcześniej, w 2011 roku, na konferencji Instytutu gościł znany francuski działacz, José Bové, wtedy wiceprzewodniczący Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi Parlamentu Europejskiego.

Wolne od GMO? Chcę wiedzieć!

Czas płynął, społecznicy wydeptywali różne ścieżki. Również do urzędów i ministerstw. Przez wiele lat sercem kampanii był jej koordynator, Przemek Stańczak. Dusza człowiek, miłośnik natury i znakomity kucharz z dyplomem szkoły gastronomicznej. Jego wegetariański bigos od lat jest kulinarnym hitem wigilijnych spotkań w Instytucie. Przemek dwoił się i troił, żeby docierać do jak najszerszych grup konsumentów.

Wysiłki przyniosły efekt. W 2013 roku Instytut Spraw Obywatelskich zlecił renomowanej firmie przeprowadzenie sondażu na temat wprowadzenia jednolitego systemu znakowania „wolne od GMO”. Ponad 73 procent osób, które wzięły udział w sondażu, chciało takiego znakowania. Coś wyraźnie drgnęło.

Pierwsze jaskółki

I chociaż pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, zmiany zaczęły być widoczne gołym okiem. Przede wszystkim wzrosła świadomość konsumentów, którzy chcieli wiedzieć coraz więcej o tym, co kupują. Wreszcie coś drgnęło wśród producentów i handlowców. O ile w 2008 roku nie byli zainteresowani żywnością „bez GMO”, o tyle kilka lat później zaczęli znakować w ten sposób swoje produkty. Na sklepowe półki coraz częściej trafiały sery, mleko, jogurty, jaja, czy kurczaki „bez GMO”.

Wciąż jednak brakowało jednego, spójnego, kontrolowanego systemu znakowania, o który chodzi Instytutowi Spraw Obywatelskich. Wydawało się, że w 2014 roku prace w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi nabrały takiego rozpędu, że tym razem system powstanie. Niestety, tak się nie stało. Po raz kolejny sprawa wyhamowała.

Szansa na szczęśliwy finał

Znów minęło kilka lat, wypełnionych ciężką pracą. W Instytucie dobrze wiedzą, jak trudno jest wprowadzać zmiany. Rafał Górski mówi, że kampania zmieniająca świadomość, jest jak długi marsz. Trzeba być upartym, cierpliwym i dobrze przygotowanym. Chyba wie, co mówi, bo w wolnym czasie startuje w ekstremalnych maratonach typu Kierat, gdzie trzeba maszerować… nawet przez 100 kilometrów po górach.

I wreszcie stało się! Rada Ministrów przyjęła 5 lutego 2019 roku projekt ustawy o znakowaniu produktów wytworzonych bez wykorzystania organizmów genetycznie zmodyfikowanych. Nigdy wcześniej nie było tak blisko do zatwierdzenia systemu.

Ministerstwo doceniło Instytut Spraw Obywatelskich

W uzasadnieniu do ustawy napisano, że system znakowania powstał na życzenie organizacji społecznych, konsumenckich oraz części producentów. Przypomniano też jeden z projektów Instytutu na rzecz znakowania – „Chcemy wiedzieć…”, wyniki sondaży i zebrane od konsumentów podpisy, popierające znakowanie „bez GMO”, które Instytut przekazał do ministerstwa.

Radość i obawy

Po ogłoszeniu decyzji rządu Rafał Górski rozesłał maila z dobrą nowiną do współpracowników Instytutu. – Poczułem dużą radość, że cel jest tak blisko. To moment, w którym trzeba pokazywać ludziom, że warto się angażować. Takich przykładów potrzebujemy jak ryba wody.

Oprócz radości pojawiają się też obawy, czy tym razem władze doprowadzą sprawę do końca. W Instytucie wszyscy trzymają kciuki, żeby tak się stało, żeby Sejm i Senat również przyjęli ustawę.

Nigdy wcześniej nie było tak blisko do osiągnięcia celu. Ale jeśli i tym razem władze wstrzymają prace nad ustawą, to czasu i zmian nie da się cofnąć lub zatrzymać. Konsumenci, producenci i handel już wiedzą, że potrzebują produktów „bez GMO”. I to też jest dobra nowina